Miała nazywać się "Róża wiatrów", mogła nazywać się "Nostalgia", ale została ochrzczona "PORT". Bo port to miejsce do którego zawsze chce się dotrzeć, to szczęśliwy finał każdego rejsu. Morze przecież, to żywioł, który choć kochamy i szanujemy, bywa okrutny i bezwzględny i nigdy nie dba o nasze bezpieczeństwo.
Ukończyłem w 1971 roku zacne gdańskie "conradinum", budowałem okręty i tylko otarłem się o wielki ocean. Później losy oddaliły od morza, ale ten wirus, którym zaraził mnie w dzieciństwie mój stryjeczny dziadek, nieżyjący już komandor marynarki wojennej, tkwił we mnie i czekał na mój "wiek nostalgiczny".
I tak wczesną wiosną 1997 roku, tęsknota i wspomnienia, zmaterializowałem w postaci Tawerny. Dzięki wsparciu mojego szwagra i przyjaciela, Piotra, zrobiliśmy to z cała powagą dla majestatu morza, żeglarstwa i tych wszystkich szlachetnych ludzi, dla których te fascynacje to kawał "niedźwiedziego mięsa".
Z Tawerną związany jest nierozerwalnie pewien dramatyczny okres w moim życiu, kiedy zabłądziłem i straciłem z oczu to, co w życiu najważniejsze - godność, rodzina, przyjaciele...
... i wtedy poznałem najwartościowszą "istotę" tego miejsca - moich tawernianych oficerów. Moja żona Ala, Dorotka, Piotr, Zbyszek, Marcin, Michał, Marek, w subtelny i szlachetny sposób pomogli mi wyjść z kryzysu wartości i moralnego relatywizmu. Choćby dlatego warto było ten kawał życia spędzić z nimi...
Ze spokojem i optymizmem mogłem w 2001 roku przekazać "PORT" w ręce Marcina i Michała, którzy byli ze mną od początku. Radzą sobie świetnie i cenię sobie niezwykle to zaufanie jakim obdarzają mnie Kapitana w stanie spoczynku.
Ile w Tawernie złamało się serc - nie wiem, ale byłem na kilkunastu ślubach jej członków załogi, którzy poznali się właśnie tutaj. Niektórzy zaglądają tu już z własnymi dziećmi ... Przyjdź, ugościmy cię z przyjemnością, wierzę że pokochasz to miejsce jak ja i wielu, wielu innych. Największym skarbem Tawerny są jej goście i stała załogo.
Jacek Wrzalik
kapitan